Brian Aldiss        Non Stop

    . 16 .    

- Co ty sobie do diab�a my�lisz siedz�c tutaj, ty stary, t�usty �ajdaku - rzek� zaskoczony Complain.

   Kap�an, ignoruj�c nieprzyjemn� form� powitania, na jak� Complain nigdy dawniej by si� nie wa�y�, jak zwykle skwapliwie pospieszy� z wyja�nieniem. Jest tu, o�wiadczy�, wy��cznie po to, aby za pomoc� tortur wyci�gn�� od Zaca Deighta wszystkie tajemnice statku. Dopiero co zacz��, bo chocia� jest tu ju� od jakiego� czasu, ledwie zd��y� ocuci� radc�.

   - Ale przecie� powiedzia�e� na posiedzeniu Rady, �e go tu nie ma - wypomnia�a mu Vyann.

   - Nie chcia�em, aby go rozszarpali za to, �e jest Obcym, zanim ja si� nim zajm� - o�wiadczy� Marapper.

   - Od jak dawna wiesz, �e on jest Obcym? spyta� podejrzliwie Complain.

   - Od czasu jak tu przyszed�em i zasta�em go le��cego na pod�odze z o�miok�tnym pier�cieniem na palcu - rzek� zadowolony z siebie Marapper. - Na razie, wsadzaj�c mu n� pod paznokcie, wycisn��em z niego jedn� informacj�. Obcy i Giganci pochodz� z planety, kt�r� widzieli�cie, ale nie mog� tam powr�ci�, je�eli nie przyb�dzie po nich statek. Nasz statek nie mo�e l�dowa�.

   - Oczywi�cie, �e nie mo�e. Jest przecie� pozbawiony ster�w - powiedzia�a Vyann. Tracisz tylko czas, kap�anie Marapper. Nie mog� tak�e pozwoli� na torturowanie radcy, kt�rego znam od czasu, kiedy by�am jeszcze ma�� dziewczynk�.

   - Nie zapominaj, �e on chcia� nas zabi� przypomnia� jej Complain. Patrzy�a na niego w milczeniu, z uporem. Kobieca intuicja m�wi�a jej, �e dysponuje argumentem silniejszym od rozs�dku.

   - Nie mia�em innego wyj�cia, jak tylko spr�bowa� was usun�� - rzek� g�ucho Zac Deight. - Je�eli uwolnicie mnie od tej okropnej kreatury, zrobi� wszystko, oczywi�cie w granicach rozs�dku.

   Trudno sobie wyobrazi� k�opotliwsz� sytuacj� ni� ta, w jakiej znalaz� si� Complain, nic wi�c dziwnego, �e nie budzi�a jego zachwytu. Zosta� wci�gni�tym w sp�r mi�dzy kap�anem i dziewczyn�! By�by nawet sk�onny pozwoli� Marapperowi wycisn�� z Deighta wszystkie informacje, i to przy u�yciu wszelkich dost�pnych �rodk�w, ale nie m�g� tego zrobi� w obecno�ci Vyann. Z drugiej strony nie m�g� tak�e wyja�ni� kap�anowi, sk�d wzi�a si� u niego ta nag�a wra�liwo��. Zacz�y si� spory, kt�re przerwa� jaki� ha�as. By� to dziwny d�wi�k, co� jakby szelest lub drapanie, tym bardziej przera�aj�cy, �e trudny do zidentyfikowania. Narasta� nieustannie i nagle znalaz� si� tu� nad ich g�owami.

   To sz�y szczury! Bieg�y przewodem wentylacyjnym ci�gn�cym si� nad poziomem, na kt�rym si� znajdowali. By�y akurat na kratce, przez kt�r� nie tak dawno wychodzi� Complain. Drobne, r�owe �apki zbli�a�y si� i oddala�y, gdy ca�y szczurzy szczep przewala� si� nad ich g�owami. Do pokoju posypa� si� kurz, a wraz z nim, pojawi� si� dym.

   - Tak jest teraz na ca�ym statku - zwr�ci� si� ponownie do Zaca Deighta Complain, gdy tupot oddali� si� i �cich�. - Ogie� wyp�asza szczury z ich jam. Je�eli starczy czasu, to ludzie zniszcz� tu wszystko. Znajd� tak�e to wasze tajne schronienie, nawet gdyby mieli nas przy tym zabi�. Je�eli chcesz z tego wyj�� ca�o, Deight, to podejd� do tego instrumentu i powiedz Curtisowi, aby wyszed� z r�kami podniesionymi do g�ry.

   - Nawet gdybym to zrobi�, on mnie i tak nie pos�ucha - rzek� Zac Deight. Niespokojnie pociera� r�ce pokryte cienk� jak papier sk�r�.

   - Oto ju� ja si� b�d� martwi� - powiedzia� Complain. - Gdzie jest ten Ma�y Pies? Tam w dole, na planecie?

   Zac Deight �a�o�nie skin�� g�ow�. Bez przerwy chrz�ka� i ta nerwowa czynno�� zdradza�a jego napi�cie.

   - Wstawaj i powiedz Curtisowi, aby jak najszybciej po��czy� si� z Ma�ym Psem i poleci� im przys�a� po nas statek - rzek� Complain. Wyci�gn�� paralizator i spokojnie wycelowa� go w Deighta.

   - Ja jeden mam tu prawo wymachiwa� paralizatorem! - krzykn�� Marapper. - Deight to m�j jeniec!

   Zerwa� si� i podszed� do Complaina z uniesion� broni�. Jednym kopni�ciem Complain wytr�ci� mu j� z r�ki.

   - Nie mo�emy sobie pozwoli� na to, aby w dyskusji bra�y udzia� trzy strony, kap�anie rzek�. - Je�eli chcesz tu zosta�, zachowuj si� spokojnie. W przeciwnym razie wyno� si� st�d! No, Deight, ju� si� zdecydowa�e�?

   Zac Deight wsta� bezradnie. Na jego twarzy malowa�a si� niepewno��.

   - Nie wiem, co zrobi�. Wy zupe�nie nie rozumiecie sytuacji - powiedzia�. - Naprawd� chcia�bym wam pom�c, gdybym tylko m�g�. Wydajesz si� z gruntu rozs�dnym cz�owiekiem, Complain. Gdyby�my obaj...

   - Nie jestem rozs�dny! - krzykn�� Complain. - Wszystko, tylko nie rozs�dny! ��cz si� z Curtisem! No ju�, stary lisie, ruszaj si�! Sprowad� tu statek!

   - Inspektor Vyann, czy pani nie mo�e... zacz�� Deight.

   - Oczywi�cie, Roy, prosz� ci�... - pr�bowa�a interweniowa� Vyann.

   - Nie! - rykn�� Complain. Rozp�ta�o si� istne piek�o, ka�dy mia� swoje zdanie, nawet kobiety. - Ci �ajdacy s� odpowiedzialni za wszystkie nasze nieszcz�cia. Teraz musz� nas z tego wyci�gn�� albo...

   Gwa�townie odsun�� od �ciany jedn� z szaf. Telefon sta� w ma�ej niszy, milcz�co i neutralnie, got�w przekaza� ka�d� wiadomo��, kt�ra mu zostanie powierzona.

   - Tym razem m�j paralizator nastawiony jest na �adunek �miertelny, Deight - rzek� Complain. - Licz� do trzech, a ty zaczynaj m�wi�. Raz... dwa...

   Oczy Zaca Deighta by�y pe�ne �ez, gdy dr��c� r�k� podnosi� s�uchawk�.

   - Dajcie mi Crane'a Curtisa, dobrze? rzek�, gdy po drugiej stronie kto� si� odezwa�. Pomimo zacietrzewienia Complain nie zdo�a� opanowa� dreszczu emocji na my�l, �e w tej chwili instrument ten po��czony jest z tajn� twierdz� na statku.

   Gdy Curtis si� odezwa�, czw�rka znajduj�cych si� w pokoju ludzi mog�a doskonale s�ysze� jego g�os. By� piskliwy ze zdenerwowania, a poza tym Curtis m�wi� tak szybko, jakby nie by� Gigantem. Przyst�pi� do rzeczy, zanim stary radca zd��y� cokolwiek powiedzie�.

   - Deight! Co� pan naknoci�?! Zawsze m�wi�em, �e pan jest za stary do tej roboty! Przekl�te zawrotki maj� nadal spawark�. A pan chyba utrzymywa�, �e to pan j� ma. Oni dostali kompletnego fio�a, kompletnego! Kilku ch�opc�w usi�owa�o odebra� im t� spawark�, ale bez powodzenia, a teraz statek pali si� niedaleko nas! To pana robota! B�dzie pan za to odpowiada�...

   W�r�d tej powodzi s��w Zac Deight zmieni� si�, jakby powr�ci�a mu dawna godno��. S�uchawka przesta�a dr�e� mu w r�ku.

   - Curtis! - jego rozkazuj�cy ton przerwa� na chwil� potok s��w z tamtej strony. - Curtis, niech pan si� we�mie w gar��! To nie pora na oskar�anie si� nawzajem. Teraz s� wa�niejsze sprawy. Musi pan po��czy� si� z Ma�ym Psem i powiedzie� im...

   - Ma�ym Psem! - zawo�a� Curtis. Zacz�� znowu m�wi� z wielkim po�piechem. - Ja nie mog� si� po��czy� z Ma�ym Psem! Dlaczego pan nie s�ucha tego, co ja mam do powiedzenia? Jaki� zidiocia�y zawrotek, bawi�c si� spawark� jak ma�pa, uszkodzi� kabel elektryczny na �rodkowym poziomie Pok�adu 20, tu� pod nami. Wszystko wok� nas jest teraz pod napi�ciem. Czterech moich ludzi le�y w szoku nieprzytomnych. Wysiad�o nam radio i �wiat�o. Jeste�my ca�kowicie unieruchomieni. Nie mo�emy zaalarmowa� Ma�ego Psa i nie mo�emy st�d wyj��...

   Zac Deight j�kn��. Odwr�ci� si� bezradnie do telefonu i spojrza� na Complaina.

   - Jeste�my sko�czeni - powiedzia�. - Sam s�ysza�e�.

   Complain pchn�� go paralizatorem mi�dzy �ebra.

   - Cicho b�d� - sykn��. - Curtis nie sko�czy� jeszcze m�wi�!

   Telefon wydawa� nadal skrzecz�ce d�wi�ki.

   - Jest pan, Deight? Dlaczego pan nie odpowiada?

   - Jestem - odrzek� znu�onym g�osem Deight.

   - To niech pan odpowiada. Czy pan my�li, �e ja z panem m�wi� dla zabawy? - warkn�� Curtis. - Istnieje dla nas tylko jedna szansa. Na g�rze, w luku osobowym na Pok�adzie 10, znajduje si� dodatkowy, awaryjny nadajnik. Rozumie pan? My tu jeste�my uwi�zieni jak homary w puszce. Nie mo�emy st�d wyj��. Pan jest wolny. Musi pan dosta� si� do tego nadajnika i wezwa� na pomoc Ma�ego Psa. Czy mo�e pan to zrobi�?

   Paralizator wbi� si� g��biej mi�dzy �ebra Zaca Deighta.

   - Postaram si� - rzek� Deight.

   - Niech pan si� dobrze stara! To jest nasza jedyna szansa. I jeszcze, Deight...

   - Tak?

   - Powiedz im pan na mi�o�� bosk�, �eby si� zjawili szybko, i uzbrojeni.

   - W porz�dku.

   - Niech pan idzie do kana�u inspekcyjnego i we�mie pojazd.

   - W porz�dku, Curtis.

   - Cz�owieku, niech pan si� spieszy! Na Boga, Deight, niech pan tam idzie jak najpr�dzej.

   Gdy Zac Deight od�o�y� s�uchawk�, zapanowa�a d�uga cisza.

   - Czy pozwolicie mi poszuka� tego radia? zapyta� wreszcie Deight.

   Complain skin�� g�ow�.

   - Id� z tob� - powiedzia�. - Musimy zdoby� statek. - Odwr�ci� si� do Vyann. Przynios�a w�a�nie staremu radcy kubek wody, kt�ry Deight przyj�� z wdzi�czno�ci�.

   - Laur - zwr�ci� si� do niej - b�d� tak dobra i powiedz Rogerowi Scoytowi, kt�ry ju� powinien by� na chodzie, �e kryj�wka Gigant�w znajduje . si� gdzie� na g�rnym poziomie Pok�adu 20. Powiedz mu, �eby zlikwidowa� ich ca�kowicie jak najszybciej. Niech uwa�a, tam jest niebezpiecznie. Powiedz mu te�, �e jest tam taki jeden Gigant o nazwisku Curtis, kt�ry powinien by� wys�any w D�ug� Podr� bardzo powoli. Uwa�aj na siebie, Laur. Wr�c� najszybciej, jak tylko b�d� m�g�.

   - Czy nie m�g�by i�� Marapper zamiast... zacz�a Vyann.

   - Chc�, aby ta wiadomo�� szybko dotar�a, gdzie trzeba - rzek� zdecydowanym g�osem Complain.

   - B�d� ostro�ny - b�aga�a.

   - Nic mu si� nie stanie - rzek� szorstko Marapper. - Pomimo jego zniewag, p�jd� z nim. M�j p�cherz m�wi mi, �e szykuje si� co� paskudnego.

   Na korytarzu powita�y ich kwadratowe �wiat�a kontrolne. Ich rzadko rozrzucone niebieskie plamy niewiele rozja�nia�y nieprzyjemn� ciemno�� i Complain patrzy� na odchodz�c� Vyann z pe�n� z�ych przeczu� obaw�. Brn�c w wodzie niech�tnie ruszy� za Marapperem i Deightem. Radca znika� w�a�nie w otwartym w�azie, a kap�an sta� nad nim wyra�nie niezdecydowany.

   - Poczekaj! - zawo�a�. - A co ze szczurami?

   - Ty i Complain macie paralizatory - rzek� �agodnie Zac Deight.

   Ta uwaga nie uspokoi�a jednak ca�kowicie Marappera.

   - Obawiam si�, �e ten w�az jest za w�ski, abym m�g� si� przez niego przecisn�� - zawo�a�. - Jestem kawa� ch�opa, Roy.

   - I jeszcze wi�kszy kawa� �garza - rzek� Complain. - Jazda, z�a� na d�. Musimy mie� oczy otwarte i uwa�a� na szczury. Na szcz�cie s� teraz zbyt zaj�te czym� innym, aby zwraca� na nas uwag�.

   Z trudem dostali si� do kana�u inspekcyjnego, pe�zn�c na czworakach w kierunku szyn, po kt�rych zazwyczaj porusza�y si� niskie w�zki nale��ce do tego poziomu. W�zki te przemierza�y statek na ca�ej jego d�ugo�ci. Ale teraz pojazdu nie by�o. Pe�zali nadal wzd�u� szyn, z trudno�ci� przeciskaj�c si� przez w�skie przej�cia, kt�re nawet tutaj dzieli�y jeden pok�ad od drugiego. Na trzecim pok�adzie znale�li wreszcie w�zek. Zgodnie ze wskaz�wkami Deighta wdrapali si� na pojazd i po�o�yli na brzuchu. Po uruchomieniu silnika ruszyli, szybko nabieraj�c szybko�ci. Przegrody mi�dzypok�adowe przelatywa�y zaledwie o cale nad ich g�owami. Marapper j�cza� usi�uj�c wci�gn�� sw�j poka�ny brzuch, wkr�tce jednak pojazd zwolni�. Dotarli na Pok�ad 10. Radca zatrzyma� w�zek i wszyscy wysiedli.

   W tym odleg�ym miejscu pe�no by�o szczurzych �lad�w. Ca�a pod�oga zanieczyszczona by�a odchodami i skrawkami szmat. Marapper systematycznie o�wietla� latark� to jedn�, to drug� �cian� korytarza.

   Poniewa� zatrzymali pojazd w samym �rodku pok�adu, mogli si� wyprostowa�. Wok� nich szerokie na cztery stopy szlaki inspekcyjne tworzy�y przek�adk� umieszczon� mi�dzy dwoma pier�cieniami pok�ad�w. Przez ca�� jego szeroko�� krzy�owa�y si� d�wigary, klamry, wi�ksze i mniejsze przewody oraz pot�ne rury, kt�rymi przebiega�y korytarze statku. Gdzie� w ciemno�ciach nad ich g�owami znika�a stalowa drabina.

   - Luk osobowy znajduje si� oczywi�cie na g�rnym poziomie - rzek� Zac Deight, po czym chwyciwszy si� szczebli drabiny zacz�� si� wspina� do g�ry. Pod��aj�cy za nim Complain zauwa�y�, �e po obu stronach widoczne s� liczne uszkodzenia, tak jakby w pokojach, kt�re mijali, mia� kiedy� miejsce wybuch. W chwili gdy o tym pomy�la�, pot�ny grzmot rozleg� si� w tunelach inspekcyjnych, wywo�uj�c w�r�d licznych rur taki rezonans, jakby wok� nich gra�a wielka orkiestra.

   - Wasi ludzie nadal niszcz� statek - rzek� ch�odno Zac Deight.

   - Miejmy nadziej�, �e przy tej okazji wyt�uk� ca�e rzesze Gigant�w - powiedzia� Marapper.

   - Rzesze! - zawo�a� Deight. - A ilu „Gigant�w", jak ich nazywacie, znajduje si�, twoim zdaniem, na statku?

   Poniewa� kap�an milcza�, Deight sam odpowiedzia� na swoje pytanie.

   - Jest tych biedak�w dok�adnie dwunastu. Trzynastu, je�eli doliczymy Curtisa.

   Cornplainowi uda�o si� spojrze� na sytuacj� oczyma cz�owieka, kt�rego nigdy nie widzia�, oczyma Curtisa. Ujrza� go - przera�onego urz�dnika, siedz�cego po ciemku gdzie� w rozwalonym pokoju, podczas gdy na statku wszyscy zawzi�cie szukali miejsca jego schronienia. Niezbyt mi�y obraz.

   Nie by�o jednak czasu na dalsze rozwa�ania. Osi�gn�li g�rny poziom i znowu zacz�li pe�zn�� w kierunku najbli�szego w�azu. Zac Deight wprowadzi� w mamek sw�j o�miok�tny pier�cie� i otworzy� klap� nad ich g�owami. Gdy wydostali si� na zewn�trz, otoczy�a ich chmura ma�ych moli, kt�ra trwa�a tak przez chwil� zawieszona w powietrzu, po czym odlecia�a w g��b ciemnego korytarza. Complain szybko wyci�gn�� paralizator i strzeli� w tym kierunku. W �wietle latarki Marappera stwierdzi� z satysfakcj�, �e wi�kszo�� owad�w spad�a na pok�ad.

   - Mam nadziej�, �e �aden nie ocala� - powiedzia�. - M�g�bym przysi�c, �e te owady to zwiadowcy szczur�w.

   Zniszczenia w rejonie, w kt�rym si� obecnie znajdowali, by�y wi�ksze od dotychczasowych. Ani jedna �ciana nie sta�a prosto. Szk�o i r�ne pot�uczone przedmioty pokrywa�y grub� warstw� pok�ad, z wyj�tkiem w�skiej dr�ki, z kt�rej gruz zosta� usuni�ty. T� w�a�nie �cie�k� posuwali si� ostro�nie naprz�d, ca�y czas czujni i napi�ci.

   - Co tutaj by�o? - spyta� zaciekawiony Complain. - To znaczy przed t� ruin�.

   Zac Deight szed� w milczeniu, nadal ponury i zamy�lony.

   - Co tutaj by�o, Deight? - powt�rzy� Complain.

   - Och... wi�kszo�� tego pok�adu zajmowa� Medyczny O�rodek Badawczy - rzek� Deight odrywaj�c si� od swoich my�li. - Przypuszczam, �e jaki� porzucony komputer rozerwa� si� w ko�cu na kawa�ki. Nie mo�na si� tu dosta� normalnie - korytarzami czy windami. Ten rejon jest ca�kowicie odci�ty. Grobowiec w grobowcu.

   Complain poczu� dreszcz emocji. Medyczny O�rodek Badawczy! To w�a�nie tutaj dwadzie�cia trzy pokolenia temu pracowa�a June Payne, wynalazczym payniny. Stara� si� wyobrazi� j� sobie pochylon� nad sto�em, ale widzia� stale tylko Laur.

   Dotarli wreszcie do komory powietrznej i luku osobowego. Wygl�da� on jak mniejszy luk towarowy z podobnymi ko�ami przy drzwiach i ostrzegawczymi napisami. Zac Deight podszed� do jednego z k�. By� nadal pogr��ony w my�lach.

   - Poczekaj! - rzek� pospiesznie Marapper. - Ja si� znam dobrze na podst�pach, Roy, i przysi�gam, �e ten dra� chowa dla nas jak�� niespodziank� w zanadrzu. On nas chce zgubi�.

   - Je�eli tam kto� na nas czeka, Deight powiedzia� Complain - to ty i oni udacie si� niezw�ocznie w Podr�. Ostrzegam!

   Deight odwr�ci� si�. Ca�a jego postawa znamionowa�a ogromne napi�cie i wyczerpanie. W innych okoliczno�ciach i w innym gronie wzbudza�by tylko lito��.

   - Nie ma tam nikogo - rzek� chrz�kaj�c. Nie musicie si� niczego obawia�.

   - A ta... ta rzecz zwana radiem znajduje si� za tymi drzwiami? - spyta� z wahaniem Complain.

   - Tak.

   Marapper chwyci� Complaina za rami� i skierowa� jego latark� Deightowi w twarz.

   - Chyba nie pozwolisz mu rozmawia� z Ma�ym Psem, co? B�dzie chcia� ich tu �ci�gn�� uzbrojonych.

   - Nie uwa�aj mnie za g�upca, kap�anie, tylko dlatego, �e przypadkiem urodzi�em si� w twojej parafii - rzek� Complain. - Deight przeka�e im to, co my mu powiemy. Otwieraj, radco!

   Drzwi otworzy�y si� i znale�li si� w luku. By�o to kwadratowe pomieszczenie o boku nie d�u�szym ni� pi�� krok�w. Sze�� skafandr�w kosmicznych, przypominaj�cych metalowe zbroje, sta�o opartych o �cian�. Poza skafandrami w pokoju znajdowa� si� jeszcze tylko jeden przedmiot. By�o to radio, niewielki przeno�ny przyrz�d z pasami do noszenia i anten� teleskopow�.

   Podobnie jak w luku towarowym, znajdowa�o si� tu okno. Nie licz�c zamkni�tego obecnie obserwatorium w sterowni, cztery osobowe i dwa towarowe luki by�y jedynymi pomieszczeniami, zaopatrzonymi w otwory obserwacyjne. Maj�c inny wsp�czynnik rozszerzalno�ci ni� reszta obudowy, stanowi�y s�aby punkt statku. Dlatego te� zosta�y zaplanowane tylko tam, gdzie by�y konieczne. Widok, kt�ry si� z nich roztacza�, wywar� na Marapperze takie samo wra�enie jak poprzednio na innych. Bez tchu wpatrywa� si� w olbrzymi� przestrze� po raz pierwszy nie mog�c wykrztusi� s�owa. W tej chwili sierp planety by� du�o wi�kszy ni� wtedy, kiedy ogl�da� go Complain. Widoczna by�a biel i ziele� zmieszane z o�lepiaj�cym b��kitem, a wszystko to l�ni�o w jaki� dziwny spos�b. W pewnym oddaleniu od majestatycznego sierpa, znacznie od niego mniejsze, ja�niej ni� samo �ycie, p�on�o s�o�ce.

   Zafascynowany Marapper wskaza� je r�k�.

   - Co to jest? S�o�ce? - zapyta�. Complain skin�� g�ow�.

   - Jezus Maria! - zawo�a� wstrz��ni�ty Marapper. - Ono jest okr�g�e! Jako� zawsze wyobra�a�em sobie, �e musi by� kwadratowe jak �wiat�o kontrolne!

   Zac Deight podszed� do radia. W chwili gdy dr��c� r�k� podnosi� aparat, odwr�ci� si� do pozosta�ych.

   - No wi�c dowiedzcie si� - powiedzia�. Cokolwiek si� stanie, nie b�d� przed wami ukrywa�: ta planeta to Ziemia.

   - Co? - zawo�a� Complain. Pytania, kt�re cisn�y mu si� na usta, wi�z�y mu w gardle. K�amiesz, Deight! Na pewno k�amiesz! To nie mo�e by� Ziemia! My wiemy, �e to nie mo�e by� Ziemia!

   Stary cz�owiek zacz�� nagle p�aka�. Po policzkach sp�ywa�y mu s�one �zy, kt�rych nawet nie usi�owa� powstrzyma�.

   - Powinni�cie o tym wiedzie� - powiedzia�. - Cierpieli�cie bardzo... za bardzo. To jest Ziemia, ale wy nie mo�ecie na ni� powr�ci�. D�uga Podr�... D�uga Podr� musi trwa� wiecznie. To jest jedno z okrucie�stw �ycia.

   Complain chwyci� go za cienk� szyj�.

   - Pos�uchaj mnie, Deight - warkn��. - Je�eli to jest Ziemia, to dlaczego my na niej nie jeste�my? Kim jeste� ty, kim s� Obcy, Giganci? Kim jeste�cie wy wszyscy? No, kim?

   - My... my jeste�my z Ziemi - wycharcza� Deight. Chaotycznie macha� r�kami przed wykrzywion� przera�eniem twarz� Complaina, kt�ry potrz�sa� radc� jak wyrwanym z korzeniami kozakiem glon�w. Marapper krzycza� co� Complainowi do ucha, szarpi�c go za rami�; krzyczeli teraz zreszt� wszyscy, a twarz Deighta pod wp�ywem �elaznego uchwytu Complaina sta�a si� purpurowa. Zatoczyli si� na stoj�ce skafandry przewracaj�c dwa z nich i padaj�c na nie. Kap�anowi uda�o si� wreszcie oderwa� palce Complaina od gard�a radcy.

   - Jeste� szalony, Roy! - wysapa�. - Zwariowa�e� czy co? Chcia�e� go udusi�!

   - Nie s�ysza�e�, co on powiedzia�? - krzykn�� Complain. - Jeste�my ofiarami jakiej� przera�aj�cej zmowy...

   - Ka� mu najpierw rozmawia� z tym Ma�ym Psem, ka� mu! On jeden potrafi uruchomi� ten przedmiot! Powiedz mu, �eby z nim pom�wi�, Roy. Potem mo�esz go zabi� albo stawia� pytania.

   Znaczenie tych s��w z wolna zacz�o dociera� do Complaina. Gniew, kt�ry czerwon� p�acht� przes�oni� mu oczy, ust�pi�. Marapper; jak zwykle rozwa�ny, gdy chodzi�o o jego w�asn� sk�r�, mia� racj�. Comp�ain z trudem si� opanowa�. Wsta� i brutalnie postawi� Deighta na nogi.

   - Co to jest Ma�y Pies? - spyta�.

   - To jest... to jest kodowa nazwa instytutu powo�anego na Ziemi do bada� nad mieszka�cami tego statku - rzek� Zac Deight rozcieraj�c szyj�.

   - Do bada�... No, dobrze, po��cz si� z nimi szybko i powiedz... powiedz, ale kilku waszych ludzi zachorowa�o i �eby zaraz przys�ali po nich statek z Ziemi. I nie wa� si� m�wi� nic innego, bo rozerwiemy ci� na kawa�ki i damy szczurom na po�arcie! Jazda!

   - Ach! - Marapper zatar� z uznaniem r�ce i poprawi� p�aszcz. - M�wisz jak wzorowy wierny Roy. Jeste� moim ulubionym grzesznikiem. Kiedy przyb�dzie tu statek, obezw�adnimy za�og� i wr�cimy nim na Ziemi�. Wszyscy wr�c�! Wszyscy! Ka�dy m�czyzna, ka�da kobieta i ka�dy mutant - od Dziobu do Schod�w Rufowych.

   Zac Deight uj�� przyrz�d i w��czy� pr�d. Nast�pnie, stawiaj�c czo�o ich w�ciek�o�ci, odwr�ci� si� odwa�nie, staj�c z nimi twarz� w twarz.

   - Pozw�lcie mi co� powiedzie� - rzek� z godno�ci�. - Cokolwiek si� stanie, a l�kam si� niezmiernie zako�czenia tej strasznej historii, chcia�bym, aby�cie pami�tali to, co wam powiem. Zostali�cie oszukani, to prawda. Wasze pe�ne cierpienia �ycie up�ywa w zamkni�ciu tego statku. Ale gdziekolwiek by�cie �yli, w jakimkolwiek miejscu czy czasie, wasze �ycie nie by�oby wolne od b�lu. Dla ka�dego w ca�ym wszech�wiecie �ycie jest d�ug� i ci�k� podr�. Je�eli wy...

   - Wystarczy, Deight - powiedzia� Complain. - My nie ��damy raju, chcieliby�my tylko mie� prawo wyboru miejsca cierpienia. No, pogadaj z Ma�ym Psem.

   Zrezygnowany, blady jak �ciana Zac Deight odwr�ci� si� i zacz�� nadawa�, �wiadom paralizatora, kt�ry trzymano mu przed samym nosem. Po chwili w metalowym pude�ku rozleg� si� dono�ny g�os.

   - Halo, Wielki Psie. Tu Ma�y Pies, s�yszymy was dobrze i wyra�nie. Odbi�r.

   - Halo, Ma�y Psie - zacz�� Zac Deight i przerwa�. Odchrz�kn�� z wyra�nym b�lem. Z czo�a sp�ywa� mu pot. Gdy tylko przesta� m�wi�, Complain poderwa� bro�. Radca podj��, patrz�c przez chwil� z rozpacz� na s�o�ce. - Halo, Ma�y Psie. Natychmiast przy�lijcie statek. Zawrotki szalej�. Na pomoc! Na pomoc! Zawrotki szalej�! Przychod�cie dobrze uzbrojeni! Zawrotki... chrrr...

   Strza� Complaina trafi� go w otwarte usta, a strza� Marappera w l�d�wia. Skuli� si� i run��, a wraz z nim upad�o z trzaskiem radio. Nawet nie drgn��, by� martwy, zanim dotkn�� g�ow� pok�adu. Marapper podni�s� aparat z pod�ogi.

   - Dobra jest! - wrzasn�� w aparat. Chod�cie tu i bierzcie nas, wy �mierdz�ce trupojady! Chod�cie i bierzcie nas!

   Zamachn�� si� i z ca�ej si�y rzuci� aparatem o �cian�. Nast�pnie z charakterystyczn� dla siebie gwa�town� zmian� nastroju upad� na kolana przy ciele Zaca Deighta, w akcie �alu i rozpaczy, rozpoczynaj�c w ten spos�b rytualne egzekwie.

   Complain z zaci�ni�tymi pi�ciami patrzy� na planet�. Nie by� w stanie przy��czy� si� do kap�ana. Nawyk wykonywania rytualnych gest�w nad zw�okami opu�ci� go na zawsze, po prostu wyr�s� z wszelkich przes�d�w. Zmrozi�a go �wiadomo�� pewnego faktu, kt�ry uszed� uwadze Marappera, a kt�ry rozwiewa� wszelkie ich nadzieje.

   Pokonawszy tysi�ce przeszk�d stwierdzili, �e Ziemia jest tak blisko. Ziemia, ich prawdziwy dom, ale jak to potwierdzi� Zac Deight, opanowana przez Gigant�w i Obcych. Ta w�a�nie �wiadomo�� rozpali�a w nim bezsiany gniew.

nast�pny